Zygmunt Szczęsny Feliński – Święty pod prąd

 

Andrzej Grajewski

W życiu doczesnym przegrał. Swoi go odrzucili, car wygnał. Wierzył w niego Juliusz Słowacki. I proroctwo wieszcza, że „rozmodlone tłumy otoczą go w świątyni” spełniło się – abp Zygmunt Szczęsny Feliński został ogłoszony świętym.

Całe jego życie biegło pod prąd modnym nurtom intelektualnym, romantycznemu zaczadzeniu rodaków, wreszcie nastrojom lokalnego Kościoła warszawskiego, którym przyszło mu kierować. Jego droga do świętości była bardzo ciernista. Urodził się 1 listopada 1822 r. w Wojutynie, małej osadzie koło Łucka na Wołyniu w wielodzietnej rodzinie Gerarda i Ewy z Wendoffów. Dzieciństwo spędzał głównie w majątku matki w Boroszowie, nieopodal granicy z Galicją.

Matkę, która miała wielki wpływ na jego wychowanie duchowe, cechowała głęboka maryjna pobożność. Wcze śnie doznał samotności. Ojciec, gruźlik, zmarł w 1833 r., a matka pięć lat później za udział w konspiracji została ze słana na Sybir. Majątek skonfiskowano, sześciorgiem dzieci zajęli się krewni. 16-letnim chłopcem zaopiekował się Zenon Brzozowski, bogaty ziemianin z Podola. Z jego pomocą Zygmunt ukończył studia matematyczne na Uniwersytecie Moskiewskim, a w 1847 r. dla poratowania zdrowia wyjechał do Paryża. Tam aktywnie włączył się w życie polskiej emigracji. Obracał się zarówno w kręgach byłych wojskowych, jak i polityków oraz literatów. Znał Mickiewicza i Towiańskiego, nade wszystko jednak przyjaźnił się ze Słowackim, który zawdzięczał mu swe ponowne nawrócenie i umierał w jego obecności.

 

Żołnierz, konspirator, ksiądz                   św. Zygmunt Szczęsny Feliński

W niespokojnym 1848 r. trafił do Wielkiego Księstwa Poznańskiego, gdzie w randze porucznika był uczestnikiem nieudanego powstania – fatalnie przygotowanego, jeszcze gorzej wykonanego. Zapamięta to doświadczenie, gdy przyjdzie mu podejmować decyzje w czasie gorączki przed powstaniem styczniowym w Warszawie. Ranny w boju, wraz z towarzysz mi powraca do Paryża, aby wpaść tam z kolei w wir krwawej rewolucji czerwcowej 1848 r. Wszystkie te wy darzenia napawały go jednak coraz większym smutkiem. Błąkał się jakiś czas po Europie, coraz bardziej biedny i w po czuciu utraty sensu życia. W takim stanie wrócił na Wołyń i w 1851 r. w wieku prawie 30 lat wstąpił do seminarium duchownego w Żytomierzu.

Dalszą naukę kontynuował w Akademii Duchownej w Petersburgu, gdzie we wrześniu 1855 r. został wyświęcony na księdza. Pracę rozpoczął w parafii św. Katarzyny przy Newskim Prospekcie, w samym centrum carskiej stolicy. W krypcie kościoła był wówczas pochowany ostatni król Polski, Stanisław August Poniatowski. Było to więc stały punkt odniesień do refleksji o tym, jak straciliśmy wolność i jak ją odzyskać. Ks. Szczęsny Feliński szybko zdobył uznanie jako niepospolity wykładowca. Został ojcem duchowym (spowiednikiem) w akademii. Znajdował także czas na pracę charytatywną. Założył m.in. ochronkę polską, prowadzoną przez siostry ze zgromadzenia Franciszkanek Rodziny Maryi, którym patronował.

Wobec burzy

Jego działalność stała się głośna nie tylko wśród Polaków, ale i rosyjskiej arystokracji. Nawet car łaskawie zalegalizował ochronkę. Dostrzegano, że młody kapłan potrafi z Rosjanami rozmawiać, zachowując jednocześnie godność i dbając o interes narodowy. Być może dlatego na Felińskiego zwrócili uwagę zmartwychwstańcy, których po znał w Paryżu. Prawdopodobnie to oni przekonali papieża Piusa IX, aby młodemu księdzu w styczniu 1862 r. po-wierzył urząd arcybiskupa warszawskiego. Decyzja musiała zostać zatwierdzona przez cara. Aleksander II miał świadomość jej znaczenia. Warszawa od 1861 r. była najbardziej zapalnym punktem w jego imperium. Przed konsekracją arcybiskup nominat został przyjęty przez cara Aleksandra II. Niczego mu nie obiecywał poza pracą na rzecz odbudowy życia religijnego w kraju. Zapewniał, że do polityki mieszać się nie będzie. W lutym 1862 r. dotarł do Warszawy.

„Niemożebne posłannictwo”

Przyjęto go z lodowatym chłodem. Nie dostrzegano, że w arcytrudnych warunkach abp Feliński próbuje budować program wielkiej narodowej odnowy. Pole manewru miał niezwykle wąskie. Margrabia Aleksander Wielopolski, naczelnik rządu cywilnego Królestwa Polskiego, był znienawidzony. Realizował wprawdzie ważne reformy społeczne, ale mandat do rządzenia brał jedynie z nadania cara. Jeszcze gorzej zachowywała się administracja rosyjska, nagminnie stosując represje i szykany. Radykalni przywódcy Czerwonych bardziej myśleli o wywołaniu buntu w całej Rosji, aniżeli kalkulowali polskie interesy narodowe. Biali mędrkowali, ale do żadnego czynu nie byli gotowi. Niektórzy liczyli na pomoc Zachodu, inni na wybuch rewolucji w Rosji. Feliński nie miał złudzeń.

Wiedział, że Zachód zostawi nas na łasce losu, a Rosja jeszcze do buntu nie dojrzała. Gdy Biali kłócili się z Czerwonymi, kiedy najlepiej rozpocząć powstanie, on przekonywał, że wobec dysproporcji sił powstanie w ogóle nie ma sensu i trzeba budować program odnowy moralnej, rozłożony na lata. Całym sobą zaangażował się w wir spraw kościelnych. Tworzył nowe dzieła, wizytował parafie, stawiał przytułki dla biednych. Udało mu się doprowadzić do otworzenia kościołów, zamkniętych po krwawych zamieszkach 1861 r., ale zakazał w nich organizowania demonstracji patriotycznych. Spotkały go za to wyzwiska oraz cała seria paszkwili, publikowanych przez podziemne wydawnictwa, w których był przedstawiany jako karierowicz i zaprzaniec sprawy narodowej. Duchowni, tkwią cy po uszy w robocie konspiracyjnej, traktowali nowego metropolitę jako carskiego zausznika, a on sam swoją misję nazywał „niemożebnym posłannictwem”.

Wygnaniec i święty

Wybuch powstania 22 stycznia 1863 r. był dla abp. Szczęsnego Felińskiego dramatem. Wiedział, że zakończy się klęską, nie mógł jednak zostawić rodaków, kiedy spadły na nich okrutne represje carskiej soldateski. Napisał list do cara, wzywając go, aby osobiście pokierował sprawami polskimi. Sugerował, aby przywrócił Królestwu niepodległość, powiązaną z Rosją jedynie węzłem dynastycznym, a więc osobą cara. Oznaczałoby to powrót do sytuacji sprzed wybuchu powstania listopadowego. W Petersburgu jednak dominowała już frakcja wojenna, która w krwawym stłumieniu powstania widziała szansę na ostateczne rozwiązanie sprawy polskiej. Abp Feliński został z Warszawy odwołany, po tym, jak jego list potępiający rosyjskie represje został wydrukowany we Francji. Pod eskortą wojskową, jako więzień stanu, został przewieziony do carskiej rezydencji w Gatycznie pod Petersburgiem.

Rosjanie próbowali go przeciągnąć na swoją stronę. Nie zgodził się jednak przerwać kontaktów ze Stolicą Apostolską oraz potępić powstańców. Zdany na łaskę i niełaskę cara, napisał memoriał, w którym podkreślał prawo Polski do niepodległości: „Winić Polaków nikt nie może za to, że mając świetną i bogatą przeszłość historyczną, wzdychają do niej i dążą do uzyskania niepodległości. Tego gorącego patriotyzmu nie można Polakom poczytywać za zdradę, a prób odzyskania niepodległości, powtarzających się od stu lat, Rosjanie nie mają prawa potępiać”. Dla cara gra była skończona. Zesłał kapłana do Jarosławia nad Wołgą, gdzie arcybiskup mieszkał przez 20 lat, oddając się gorliwej pracy duszpasterskiej oraz tworząc dzieła dobroczynne. Po interwencji papieża Leona XIII w 1883 r. mógł opuścić granice Rosji. Osiedlił się jako kapelan domowy w majątku hrabiów Koziebrodzkich w Dźwiniaczce we wschodniej Galicji. Nie upadł na duchu. Służył prostemu ludowi, zarówno Polakom, jak i Rusinom, organizując misje ludowe, rekolekcje. Słynął także jako wytrwały spowiednik. Umarł w Krakowie 17 września 1895 r.

W pamięci następnych pokoleń pozostał jako mistrz życia duchowego, asceta, w gotowości dzielenia się z innymi hojny aż do granic własnego ubóstwa. Zapamiętano jego zapobiegliwość w tworzeniu instytucji kościelnych w warunkach trudnych oraz niezachwianą wierność papieżowi i Stolicy Apostolskiej. Dodać trzeba, że arcybiskup był również utalentowanym pisarzem. Autorem nie tylko niezwykle inspirujących rozpraw teologicznych. Napisał jeden z najciekawszych pamiętników w polskiej literaturze, prawdziwe arcydzieło kresowej gawędy. Otwarte pozo staje także pytanie, jak potoczyłaby się nasza historia, gdyby rodacy posłuchali arcybiskupa warszawskiego, gdy przestrzegał ich przed wybuchem powstania.